Shihan Viktor Fomin „ MISTRZOWIE I LIDERZY BUDO KARATE”.

MISTRZOWIE I LIDERZY BUDO KARATE Kancho Masutatsu Oyama i Hanshi Steve Arneil Shihan Viktor Fomin (5 Dan)

Japońska tradycja sztuk Budo poza granicami “Kraju Wschodzącego Słońca” pozbawiona jest kulturowego kontekstu i przesadzona na inny grunt doznaje istotnych zmian. Na Zachodzie ta tradycja zatraca swą kulturotwórczą moc i narodową specyfikę. Tam gdzie następuje rzeczywisty rozpad tradycji powstają sztuczne, wywodzące się z niej i współistniejące z nią formy działania. Do nich należą też sporty walki, sport zawodowy, formy ruchowej rekreacji, formy zdrowotne i formy nastawione na komercję lub walkę. Na tle całościowej tradycji sztuk Budo, pomiędzy poszczególnymi kierunkami i formami, dochodzi do złożonych relacji i nierzadko do ostrych sprzeczności. Wydaje się, że powstaje realne zagrożenie dla przetwarzania tradycji w warunkach kultury masowej. Problem socjalnych i duchowych warunków rozwoju zasługuje oczywiście na odrębną analizę, ale nie wchodzi to w zakres tego opracowania. Jakkolwiek wybrane zagadnienia wymagają kilku wyjaśnień. Problemy współistnienia i współpracy tradycyjnych sztuk Budo i sportu, Budo i kultury fizycznej odpowiedniego profilu albo Budo i innych rodzajów walki wręcz nie da się sprowadzić i wytłumaczyć wyczerpująco warunkami masowej kultury. Progresywne rozwarstwienie współczesnego społeczeństwa jednocześnie prowadzi do określenia pozycji jego duchowej elity. Dla elity tradycja Budo nie tylko zostaje zachowana, ale wzrasta również zainteresowanie tradycją, jeśli w niej można odnaleźć „drogę wojennego rzemiosła” i zdefiniowanie ogólnie znanych duchowych zasad. Chodzi o zasady, dzięki którym rzemiosło wojenne urasta do rangi sztuki, a sztuka wojenna zostaje uduchowiona, a faktycznie zostaje uświęcona i zmienia się w jeden ze „sposobów walki Zen”, „walczącym systemem jogi”. Fenomen jogi odnosi się do kręgu duchowych wartości. Praktyka sztuk Budo w tym przypadku przyjmuje sens inicjacji i stanowi jeden z czynników duchowego istnienia elity. Jednocześnie pojawia się możliwość kształcenia i oświecenia ludzi początkujących. Tak wygląda logika procesu historyczno - kulturowego. W społeczeństwie ciągle i zawsze przenikają się tendencje do duchowej degradacji i do duchowej ewolucji. Każdy człowiek, który uważa się za istotę rozumną posiada możliwość wyboru takiej czy innej drogi i prawo do kierowania się swoimi zasadami, w tym również zasadami Budo. W tym sensie nawet zupełnie krytyczna sytuacja może okazać się nie tak tragiczna dla istnienia tradycji. Doświadczenie mistrzów i byłych championów, a także bohaterów naszych czasów, przedstawia się w tej sytuacji ożywczym i pouczającym. Na Wschodzie i na Zachodzie byli, są i będą prorocy, adepci i wojownicy sztuk Budo, ci, którzy podążają drogą tradycji i rozwijają ją, zachowując podstawowe wartości, ci, którzy stanowią sobą godne naśladowania przykłady. Te główne uwagi odnoszą się w pełni do tradycji Budo karate. Jednym z adeptów i proroków tych sztuk walki był wybitny mistrz XX wieku Masutatsu Oyama. Zasłynął on jako wojownik nie mający w swym czasie rywali, jako człowiek najwyższego wyczynu, który otworzył drogę Kyokushin,. Rzeczywiście Oyama był bohaterem, ale nie był bogiem. Jego liczne i odważne marzenia zostały wcielone w życie, inne pozostały w sferze idealnego bytu, dążące do stworzenia światowego „towarzystwa poszukiwaczy prawdy absolutnej”, co jednak nie umniejsza ich duchowego znaczenia. Oyama, jak każdy śmiertelnik popełniał błędy i był zmuszony nieraz mówić i postępować wbrew przekonaniu, ale to nie pozbawia go wyższych wartości duchowych, tego, czego zapamiętale poszukiwał i co osiągnął na drodze sztuk walki. Dzisiaj mitologizowane doświadczenie Masutatsu Oyama i wypracowana przez niego filozoficzna wiedza Budo karate weszły do duchowej skarbnicy tradycji. Ona wzbudza i będzie wzbudzać zainteresowanie zwolenników Budo, nie tylko te dotyczące technicznego arsenału „najsilniejszego karate”, ale będzie powodować, że ludzie z romantyczną żarliwością będą bronić duchowych zasad Kyokushinkai. Na szczęście w śród następców Oyamy są mistrzowie – nauczyciele, nosiciele tradycji Budo karate, którzy uchodzą za wzór i autorytet. Mogę opowiedzieć tylko o jednym z nich. To jest Hanshi Steve Arneil, oficjalny adoptowany syn Oyamy, prezydent i założyciel Międzynarodowej Federacji Karate (IFK), legendarna osobistość w świecie Budo. Jest on jednym z wybitnych przedstawicieli oraz następców starej szkoły Kyokushinkai i pozostaje jednym z nielicznych świadków znających blisko Oyamę poczynając od okresu największego rozkwitu Kyokushinkai. Proponowany uwadze czytelników artykuł to hołd na rzecz szacunku założycielowi karate Kyokushinkai i jego wychowankowi. U podstaw tego artykułu są znane źródła pióra Oyamy, a niekiedy przetłumaczone przeze mnie z języka angielskiego, a także dokumentalne i wspomnieniowe (w tym również dotąd nie publikowane) materiały udostępnione przez Steve Arneil’a. Miałem szczęście uczyć się u tego mistrza, dużo rozmawiać z nim i wspólnie z nim pracować. Wspomnienia Steve Arneil’a przedstawiają wielką wartość historyczną i autobiograficzną. Są one zwierciadłem, w którym odbijają się cechy osobowości Oyamy i dają obraz niepowtarzalnej atmosfery starej szkoły Kyokushin.

Kancho Masutatsu Oyama – adept i prorok Budo karate

Jest prawie niemożliwe dać obiektywną i wyczerpującą charakterystykę Masutatsu Oyamy. Oyama był legendą za życia, a po śmierci jego osobowość i droga w karate uległy zasadniczej mitologizacji. Wiadomo, że sam Oyama przyczynił się w dużej mierze zarówno do heroizacji własnego wizerunku, jak i do rozpropagowania swego karate, które chciał widzieć jako „najsilniejsze” i „maszerujące” po całym świecie. Dla podobnych dążeń istniały wciąż obiektywne przesłanki i założenia. Tym bardziej tworzone przez Oyamę i jego wypróbowanych towarzyszy mitologia i filozofia Kyokushinkai przy wszystkich widocznych i ukrytych rozminięciach się z „historyczną prawdą” stały się realnymi czynnikami napędowymi zarówno dla losów adepta Budo karate jak i historii szkoły. Tu pojawia się ogólna zgodność z prawem historycznego procesu, jeśli tylko twórcami historii są ludzie. Wiadomo, że czasami z ogólnej masy ludzkiej da się wydzielić ambitne jednostki, pasjonatów odważnie rzucającym „wyzwanie granicom” i dążące do nieosiągalnych ideałów. Przy tym oni nieuchronnie wywyższają się sami, tworzą przepiękne mity i przeglądają się w zwierciadle własnej mitologii. W przypadku niepowodzeń troszczą się oni o to, żeby „nie utracić twarzy” i nie pozbyć się zwolenników, uważających ich za nieomylnych. Takie wybitne jednostki zgodnie z prawem stają się kultowymi figurami, obiektami podatnymi na mitologizację, heroizację, a nawet ubóstwienie. Przedstawiając siebie jako wyidealizowane wzorce do naśladowania, kultowi bohaterowie mimowolnie nakłaniają do lepszego swoich następców, jeśli ci nie zdążą rozczarować się i zmienić priorytetów wartości. Mitomania jest dziwnym fenomenem. Pojawia się ona w tym momencie, kiedy człowiek zaczyna uświadamiać sobie, że jest rozumnym, myślącym i duchowym bytem, twórcą kultury. Mitologia wyraża inicjatywny początek dowolnej kultury, ale przede wszystkim kultury tradycjonalnej. Powstanie myślenia historycznego jest od samego początku i na wieki sprzężone z historyczną świadomością. Mitologia w całości, a w tym mitologizowana historia są czynnikami działania procesu duchowo-historycznego. One w istocie wpływają na ogólny bieg historii i kształtują jej niepowtarzalny charakter, którym nie jest naga historyczna prawda, ale obleczona w symbolikę prawda duchowego życia twórców i współuczestników historii. Mitotwórczość jest poważnym problemem nauki humanistycznej (historii, psychologii, nauki o kulturze, filozofii). Zasługuje na kompleksowe badania, co oczywiście nie wchodzi w powyższe rozważania. Moje zadanie jest proste - przekazać coś interesującego, sensownego i rzeczywiście cennego z życia wybitnych mistrzów i liderów współczesnego Kyokushin Budo karate. To, co się tyczy licznych osiągnięć adeptów Budo, jak również ich wkładu do tradycji sztuk walki. Najbardziej cenne wiadomości o Oyamie jako mistrzu i nauczycielu i kierowniku z woli losu poznałem od Hanshi Steve Arneil’a. W znacznym stopniu te wiadomości (w szczególności te, dotyczące problemów politycznych i przyczyn kryzysu w ruchu Kyokushinkai na świecie) sprzyjały demitologizacji idealnego obrazu mistrza założyciela szkoły Kyokushin, ukształtowanego wcześniej i podtrzymywanego za pomocą oficjalnej propagandy tokijskiego Honbu. Jednakże w obrazie tego wypełnionego sprzecznościami, ale żywego i energicznego człowieka jasno i wyrażnie występowały cechy autentycznej wielkości. Oyama stojąc na czele szkoły na początku lat sześćdziesiątych nie był sam. Już uformowało się pierwsze pokolenie wiodących instruktorów. Wśród nich wyróżniali się Kenji Kurosaki, który zastępował Oyamę w czasie jego wyjazdów do różnych krajów świata. Był on bardzo nieustępliwym wojownikiem i odpowiadał za przygotowanie sparringowe w dojo. Wojownikiem innego typu był wysoki o szczupły Eiji Yasuda. Nie dał się przeniknąć i odgadnąć w boju, jego błyskawiczne ataki dochodziły do celu zupełnie nieoczekiwanie dla przeciwnika. Wyjątkowo ważna rola w szkole należała do Masami Ishibashi. Trzymał się jak gdyby w cieniu wszystkich, lecz faktycznie odpowiadał za przygotowanie techniczne, szczególnie za kata. Znał każdy aspekt kata i przepięknie objaśniał praktyczne znaczenie złożonych w nim elementów. Błyskotliwym wykonawcą kata, razem z Ishibashi i bardzo dobrym wojownikiem był Hirofumi Okada. W swoim czasie dał lekcję etyki i pokory zadziornym Arneilowi i Ashihara, posiadającymi wtedy jeszcze brązowe pasy. Steve Arneil wspominał, że kiedyś, kiedy Okada po dłuższej przerwie przyszedł do dojo w czasie sparringu, młodzi adepci wykazali w walce z nim nadzwyczajną agresję i brutalność. Po tym Okada zniknął na kilka miesięcy, następnie wrócił i pokazał im swoje miejsce w szeregu. Arneil przyznał, że tak mocno nikt go w życiu nie pobił. Po walkach młodzi mężczyźni przeprosili mistrza, a sensei Okada objaśnił ich, że nie jest dobrze wykorzystywać przewagę nad człowiekiem, który przyszedł do dojo, aby najzwyczajniej potrenować. Wszyscy instruktorzy pierwszego pokolenia byli sensejami. Sensejem podczas bytności Arneil’a w Japonii (1961-1965) nazywano samego Oyamę. W drugim pokoleniu wiodących instruktorów pojawiła się wybitna trójka - Tadashi Nakamura, Shigeru Oyama, posiadający 3 Dan i Steve Arneil posiadacz 2 Dan. Hideyuki Ashihara maił wtedy 1Dan, a Hatsuo Royama był jeszcze kohai tj. młodszym uczniem. Na Tadashi Nakamura ciążyła wtedy odpowiedzialność za szkołę. On szkolił się jako następca Oyamy. Nakamura był nie tylko wspaniałym wojownikiem, jak Shigeru Oyama, ale już wtedy przejawiał głębokie zainteresowanie filozofią Budo i Zen. Steve Arneil fanatycznie zajmował się techniką i robił wielkie postępy w kata. On jako jedyny w szkole był wyróżniony certyfikatem Oyamy, za najlepszą technikę. Przy tym on jako pierwszy w historii Kyokushin z powodzeniem wytrzymał test 100 walk. W tych latach u Oyamy trenował jeszcze Holender Jon Bluming, który był wybitnym judoka. W Kyokushin interesowała go jedynie walka. Charakterystyczne jest, że takie osobowości jak Tadashi Nakamura, Shigeru Oyama i Steve Arneil, jak również Ashihara i Bluming pojawiły się na czele stworzonych przez nich międzynarodowych organizacji. Wszyscy oni odeszli od Oyamy na skutek różnych osobistych i politycznych przyczyn. Po walkach zawodników Kyokushin z przedstawicielami boksu tajskiego, w którym wygrała drużyna Oyamy, odszedł Kurosaki odnosząc później wiele sukcesów w kickboxingu. Dla szkoły jego odejście było bolesną stratą. Później odeszli Nakamura i Shigeru Oyama tworząc własne style karate i organizacje. W istocie, nikt spośród znaczących figur tego czasu, wstępując na samodzielną drogę, nie stawiał sobie za cel zadania zachowania starej szkoły i rozwoju stylu Kyokushinkai. Wyjątkiem został Steve Arneil, pozostając z Oyamą dłużej od swych towarzyszy. Stworzywszy swoją międzynarodową organizację jeszcze za życia Oyamy (1991) postawił za swoje główne zadanie zachowanie tradycyjnego stylu Kyokushinkai i metod nauki, a także wymagań na stopnie i systemu kata Kyokushinkai, do czego on sam był bezpośrednio przygotowywany prze samego Oyamę. Hanshi nie raz mówił: „Ja uczę tak jak mnie uczono”. Do wysokiego stopnia doskonałości tradycyjnych metod procesu szkoleniowo-organizacyjnego Steve Arneil dodał opracowane na ich podstawie własne efektywne metody. Na obozach Hanshi kontynuuje wprowadzanie oryginalnych form i metod uczenia Budo karate, które były praktykowane na letnich i zimowych obozach Japonii. One i dzisiaj nie straciły nic ze swojej praktycznej wartości i mają również nie małą wartość poznawczą. W początkach lat 60-tych tradycje szkoły były w stadium formowania się, ale już wtedy zaznaczył się ten kierunek rozwoju, który określił charakterystyczne dla karate Kyokushinkai system szkolenia i przygotowania zawodników. Pracując z Oyamą Steve Arneil skrupulatnie prowadził notatki. Później opierając się na wiarygodnych materiałach potrafił je uogólnić, aby stały się łatwo przyswajalne i ogólnie dostępne poza granicami Japonii. Arneil miał ku temu unikalne możliwości i zdolności. Znał on japońską tradycję od środka, posiadał mentalność zachodnią, zdolność do systematyzowania tego, co często spontanicznie realizowało się w dojo. Bywało tak, że instruktor zastępujący Oyamę zapisywał kaligrafiami na tablicy przykładowy plan treningu i pracował według niego. Potem inny instruktor - zmiennik zapisywał swoje zadanie, niezwiązane z poprzednim. Na zachodzie nie można tak bezsystemowo pracować. Faktycznie większość dokumentacji programowej i podstawowe wymogi kwalifikacyjne były opracowane przez Steve Arneila jeszcze podczas jego działalności jako Prezydenta Brytyjskiej i Europejskiej Organizacji Kyokushinkai. W początkach lat 80 tych na polecenie Oyamy Arneil dokonał systematyzacji i kanonizacji wszystkich kata. Dzięki temu powstała jednolitość na poziomie warunków technicznych i szkoła zyskała własne stylowe oblicze. Według słów Oyama nadawał tej pracy wielkie znaczenie, bowiem wiedział w kata czynnik jedności i samoidentyfikacji wszystkich uczestników szkoły. Mówił, że w kumite każdy walczący robi, co chce i co może, a w kata wszyscy powinni być jednością i być w harmonii. Powstała tradycja wykonania kata na bazie książki Arneila Kyokushin Karate Kata (1985, 2004) wydanej przede wszystkim w Europie. Dzięki powstaniu IFK stała się własnością całego świata. Interesujące jest to, jaki stosunek do kata i podejście do tradycyjnych form, jako do głównych cech wyróżniających karate pod względem stylowym i ideologicznym, reprezentowali uczniowie Oyamy, zarówno za jego życia jak i po jego śmierci. Wiadomo, że Hideyuki Ashihara zupełnie zrezygnował z kata, zrywając tym samym nie tylko ze szkołą Kyokushinkai, ale w ogóle z tradycyjnym karate. Inni liderzy, na przykład Shokei Matusi i Hatsuo Royama sankcjonowali wniesienie do kata Kyokushinkai mnóstwa technicznych, a nawet stylowych zmian. W organizacji Royamy na przykład stylowy wygląd kata ma oczywisty wpływ szkoły Shito-ryu. W rezultacie znikła charakterystyczna dla Kyokushinkai dynamiczna maniera wykonywania kata. W podobnych wypadkach sławetne pytanie o dziedziczenie tradycji „prawdziwego karate Kyokushinkai” (nie tyle prawdziwe, ile faktyczne) zostaje otwartym. Otwartym pozostaje, niestety, drugie pytanie, pytanie o „prawdziwość” lub historyczną wiarygodność, bogato mitologizowanej biografii Masutatsu Oyamy. Chociaż niektóre fakty i mające miejsce okoliczności pozwalają zrozumieć to, co składało się na rzeczywiste przesłanki mitologizacji, a nawet ubóstwiania Oyamy. Najbardziej wymowny w tym względzie jest okres długotrwałego samotniczego pobytu w górach młodego Masutatsu. Wtedy formowały się duchowe podstawy i filozofia Budo karate Oyamy. Wspomnę krótko, że według oficjalnej, mitologizowanej wersji biografii Oyamy, urodził się on w Korei, w wielodzietnej rodzinie, w roku 1923. Po dwóch latach rodzice odesłali go do rodziny w Mandżurii, gdzie od 9 roku życia jakoby poznawał południowo-chińskiego Kempo. Po pięciu latach wrócił do Korei i w czasie szkolnych lat, w Seulu uczył się koreańskiego Kempo. W 1938 roku Oyama przyjechał do Japonii, wstąpił do Lotniczej Szkoły Yamanashi, ale nie ukończył jej. Zajmował się boksem i judo, potem dostał się do dojo Gihina Funakoshi, uczącego karate na uniwersytecie Takushoku. Za dwa lata, wieku 17 lat osiągnął 2 Dan a jeszcze za 3 kolejne lata 4 Dan. Potem jeszcze kolejne 4 lata uprawiał judo w Tokio. W latach powojennych, w okresie okupacji Japonii, Oyama poczuł się zagubiony i mało nie ugrzązł w środowisku kryminalnym. Wybawieniem dla niego były dwa spotkania, które przyniósł los. Silny wpływ na Oyamę miał So Nei Chu. Był on jednym z wybitnych mistrzów i duchowych autorytetów w Goju-ryu, propagujących twierdzenie o nierozerwalności Budo i duchowych podstaw religii. Właśnie on poradził Oyamie samotny pobyt w górach i dał mu radę na drogę, jaka znajduje się w przysłowiu „Kuj żelazo, póki gorące”. Ćwicz się w samodyscyplinie dotąd, aż nie staniesz się starszy, bardziej dojrzały, jeśli chcesz być wielkim człowiekiem. Jak wiadomo, Oyama poszedł w góry, w 1946 roku, po spotkaniu z Eiji Yoshikawa autorem powieści o Miyamoto Musashi. Osoba znakomitego szermierza XVII wieku była dla Oyamy ideałem Budo i głównym przykładem do naśladowania. Samoidentyfikacja Oyamy z Musashi była w istocie jednym z podstawowych czynników mitologizacji jego praktyki inicjacyjnej karate w górach. Wspólnota charakterów, losów i myśli Miyamoto Musashi i Masutatsu Oyamy jest całkowicie porażająca. Dwie pokrewne dusze żyły i działały w złożonych historycznych warunkach. W młodości Oyama, jak i Musashi wyróżniali się wielką fizyczną siłą, głębią zachowania, ambicją, skłonnością do ryzykownych przedsięwzięć i niebezpiecznych pojedynków, a także oddaniu Budo. W latach dorosłych Oyama, jak i Musashi skoncentrowali swoje poszukiwania na duchowych aspektach sztuk walki. Oni obaj odkrywali samych siebie w praktyce medytacji Zen i znajomości filozofii Zen. Obaj mistrzowie bronili realnych wartości sztuk walki w typowych warunkach kryzysu i utraty rzeczywistego ducha Budo i Bushido. Oni doświadczali „ducha zwycięstwa” w niebezpiecznych pojedynkach na granicy życia i śmierci. W tego rodzaju próbach zawierała się „mądrość” pozwalająca dopatrywać się w praktyce walki procesu samopoznania i samoistnienia. Zarówno pisemne przekazy Musashi jak i Oyamy stały się dla następców Budo duchową instrukcją. Głębokie rozumienie przez nich swojej „jednej” Drogi (Do) dawało wiedzę „dziesięciu tysięcy rzeczy” i pozwalało rozpoznawać tę uniwersalną Drogę wszędzie. Wysokie osiągnięcia obu mistrzów pobudzały współczesnych w ich działaniach dopatrywać się działania boskiej siły. Musashi wszedł do historii sztuk walki jako „bóg miecza”, a Oyama jako „boska ręka”. Dla Musashi i dla Oyamy głównym kryterium prawdziwej sztuki walki była rzeczywista praktyka. Oni nie ufali wychowawcom i szkołom, niezdolnym w rzeczy samej do udowodnienia swojej sztuki. W istocie obaj mistrzowie nie mieli bezpośrednich nauczycieli, których szkołę oni sami by kontynuowali. Oni dziedziczyli całą dostępną tradycję. Z niej wyprowadzali i syntetyzowali to, co odpowiadało potrzebom praktyki i ideałom sztuk walki. Musashi i Oyama odrzucali dogmaty, ale nie starali się zmieniać niezadowalających ich szkół od wewnątrz. Tworzyli własne systemy, każdy na swej drodze. Droga Oyamy bierze prawdziwy początek w górach. Tutaj mianowicie uformowała się osobowość bohatera Budo karate z ambicjonalnym nazwiskiem „Oyama” - człowieka „pomnażającego swą godność na podobieństwo wysokiej góry”. O tym okresie wiadomo jest niewiele, głównie ze wspomnień Oyamy i tych ludzi, którzy okazywali mu materialne i moralne wsparcie. Jednak to, co jest wiadome, jest stosunkowo prawdziwe, tym nie mniej rzuca światło na osobowość „poszukiwacza absolutnego bytu” i na duchowe źródła karate Kyokushinkai. W górach, w odosobnieniu Oyama przebywał dwa razy. Na początku na górze Minobu z Oyamą był jego uczeń, który opuścił go po sześciomiesięcznej izolacji. Oyama pozostał w górach, ale nie w pełnej samotności. Odwiedzał go niezbyt często, ale regularnie jego przyjaciel Kayama, przynosząc pożywienie. Oyama przyjmował przyjaciela jak „Buddę w piekle”. Długotrwała samotność silnie mu dokuczała. Ani śpiewanie świętych pieśni, ani medytacja Zazen nie pomagały samotnikowi osiągnąć stanu odosobnienia w swojej świadomości. Z rozpaczy Oyama napisał list do So Nei Chu, który dał mu następującą radę: „Ci, którzy zostaną uznani geniuszami, to artysta poważnie studiujący koncepcję piękna albo wojownik dążący do Budo; pracując o wiele więcej i prezentując o wiele większy upór niż zwykli ludzie. Nigdy nie było geniusza, któryby nie przejawiał ogromnych wysiłków i uporu w osiągnięciu własnego celu. Oyama, ja wieżę, że ty będziesz niezastąpioną figurą w świecie japońskich sztuk walki. Trenuj więcej niż ktokolwiek, zostaniesz niepokonany. Ty powinieneś być jedynym, który nie ma rywali, jak przystało współczesnemu wojownikowi i stać się przykładem prawdziwego mistrza sztuk walki, dla całego świata. Jeśli pojawi się pokusa zejścia w górskiego szałasu w dół, zgol jedną brew. Nie będziesz chciał nikogo widzieć dopóki nie odrośnie ona od nowa. To, czego dokonali inni, nie będzie niemożliwym dla ciebie. Czyżby był jakikolwiek mistrz sztuk walki, który nigdy nie doświadczył gorzkiego rozczarowania. Tobie trzeba więcej męstwa w dążeniu do celu wybranego celu. To jest najważniejsze”. Wtedy Oyama ze zwiększą energią kontynuował treningi, przysiągłszy sobie, że zostanie najsilniejszym karateka Japonii. Ale za rok z konieczności wrócił do ludzi. Kayama nie był w stanie dłużej dać materialnego zabezpieczenia na pobyt na górze Minobu. Tym nie mniej doświadczenie samotności dało główny rezultat. W 1947 roku Oyama podjął decyzję o poświęceniu swego życia karate i od nowa na 18 miesięcy pozostawał w samotności na górze Kyosumi. Chciał udoskonalić technikę i nadać sens zasadom swej Drogi w karate. On trenował „więcej niż spał”, łącząc ćwiczenia fizyczne z praktyką duchową włączającą tameshiwari. W 1950 Oyama tak wspominał o korzyściach tej ascetycznej praktyki: „Chociaż trening dla doskonalenia techniki jest ważny, dla człowieka, który rzeczywiście pragnie iść drogą Budo, dużo ważniejsze jest, żeby całe swoje życie przekształcić w trening i wtedy dążyć nie tylko do mistrzostwa w sile, ale i do duchowych osiągnięć. Jednakże z początku trudno jest zrozumieć, że wybór drogi Budo wymaga całego życia człowieka, i zazwyczaj trudno jest dochować wierności postanowionemu celowi. Konieczne jest podejmować największe wysiłki i koncentrować się na sobie, aby zwyczajnie osiągać prawidłowy stosunek do treningów… Życie w samotności w górach w izolacji od wszystkiego i wszystkich, twarzą w twarz z przyrodą jest najbardziej surowym warunkiem do treningu karate. Chociaż dobrowolnie poszedłem na to, mnie po raz pierwszy w odosobnieniu ogarnął strach przed przyrodą. Największym owocem mojego pobytu w górach było to, że rozwijałem swoją fizyczną i mentalną siłę w czasie dnia, a znajdowałem się z przyrodą i moim wewnętrznym „ja” nocą. Oczywiście moje mistrzostwo w karate wyrosło, ale ważniejszym doświadczeniem było umocnienie stanu mentalności, moja świadomość okazała się rozwinięta w dużo większym stopniu, niż przed wyjściem w góry”. Stan świadomości Oyamy zmienił się na tyle, że w latach 50-tych zaczął próby walk z bykami. Te czyny obrosły mitami i legendą. Wiarygodnie wiadomym jest, że Oyama zabił trzy byki gołymi rękami, ale w 1957 roku, w Meksyku omal nie zginął w walce z bykiem i 6 miesięcy przeleżał w szpitalu. Oyama dużo podróżował po USA, uczestniczył w niebezpiecznych pojedynkach z zapaśnikami i bokserami, dlatego aby z takim powodzeniem propagować swoje karate w Europie. W tym czasie otworzył pierwsze dojo w okręgu Mejiro, gdzie prowadził zajęcia razem z K.Mizushimą i E.Yasudą. Pierwsze prawdziwe dojo było otwarte na uniwersytecie Rikkyo, niedaleko od przyszłego dojo w Ikebukuro, które stało się centrum szkoły i sztabem międzynarodowej organizacji (Honbu). Oyama posiadł doświadczenie z niebezpiecznych pojedynków i zsyntetyzował to, co uważał za najlepsze w sztukach walki (japońskich, chińskich, koreańskich, tajskich, europejskich). Oyama bronił koncepcji rzeczywistego Budo karate, jego dążenia do granic ludzkich możliwości fizycznych, mentalnych i duchowych. Oświadczył następująco: „wszystkie systemy podobne do Karate, od początku były sztukami walk i powinny takimi pozostać, jeśli chciałyby być godnymi miarą karate”. W dziś znanym przemówieniu z 1978 roku, Oyama wysunął ideę: „hitozuki, hitogeri” tj. mówił o potrzebie zwyciężenia przeciwników jednym uderzeniem ręki lub nogi. Kontynuował nacisk na atakowanie w pełnym kontakcie, w pojedynkach w stylu Kyokushinkai, które miałyby trwać do nokautu lub do podania jednego z przeciwników. W ten sposób prowadzone były walki w jego dojo, gdzie przychodzili powalczyć karatecy z innych stylów. Życie jednak dokonało innego zrządzenia. Zasady rywalizacji zmieniły się. Charakter stosunków pomiędzy członkami i kierownictwem Międzynarodowej Organizacji Karate (IKO), jak wiadomo, był inny niż między uczniami i Oyamą w dojo. Były ku temu swoiste przyczyny. Przede wszystkim zmienił się obraz życia, odpowiednio zmienił się też obraz myśli Oyamy. Jeśli w swoim dojo Oyama był pełnowładnym gospodarzem, to po utworzeniu w 1963 IKO w znacznej mierze utracił materialną, a głównie duchową niezależność. Był zmuszony dostosować się do politycznych i komercyjnych warunków życia swego własnego przedsiębiorstwa o rozrzuconej po całym świecie sieci filii, być „na pasku” nieżyczliwych doradców i dokonywać rachunku sumienia. Kryzys IKO uwidocznił się już na I Mistrzostwach świata w Tokio, gdzie narodziły się poważne konflikty i powstały przyczyny odejścia z organizacji wielu dostojnych ludzi i wielkich mistrzów. Jednym z nich po wielu latach był też Hanshi Steve Arneil. Jednak on zachował dobrą pamięć o nauczycielu, a także godną tej pamięci wierność tradycjom starej szkoły oraz zasadom Budo karate.

Hanshi Steve Arneil - rycerz tradycji Budo karate

Droga Steve Arneil’a do Masutatsu Oyamy i jego droga w karate Kyokushinkai mogłaby w zupełności być scenariuszem do powieści przygodowej lub filmu, na podobieństwo obrazu „Pojedynek” lub „Skazany na samotność”, przepięknego świata o bohaterze Oyamie. Życie Steve Arneila urodzonego w Afryce Południowej, którego los rzucił do Japonii, a następnie zakorzenionego w Wielkiej Brytanii, ale faktycznie „obywatela świata”, jest nadzwyczaj bogate w wydarzenia, przygody, podróże, spotkania z ciekawymi i wybitnymi ludźmi. O tym Hanshi wiele opowiadał i jeszcze więcej mógłby opowiedzieć. Nie małe poznawcze, a także czysto życiowe wartości przedstawia np. historia o tym jak w domu Steve Arneila, w jego ojczyźnie (w wiejskiej miejscowości) pojawiło się osierocone lwiątko, które wyrosło na dużego oswojonego lwa, z którym Steve żył parę lat, o tym jak młody człowiek dorabiał odstrzeliwując krokodyle lub jak poznał dziką przyrodę Afryki czy opowieści o magii afrykańskich czarowników. Nadzwyczaj barwnymi pozostały wrażenia z pierwszej wizyty w połowie lat 60-tych, w stolicy Związku Radzieckiego (w drodze z Japonii do Anglii), a także o znajomości z aborygenami Australii i o użyciu ich tradycyjnej broni (w szczególności oszczepu z metalowym grotem), o życiu Indian, żyjących w dżunglach Argentyny lub Arabów koczujących w pustyniach Jordanii. W Jordanii Steve Arneil znalazł się na zaproszenie rodziny królewskiej, gdzie nauczał karate i egzaminował na pierwszy Dan księcia Mohammeda, dzisiejszego patrona IFK. Oczywiście w takiego rodzaju opowieściach najprościej byłoby wnieść wątki mitologizacji i idealizacji bohatera, tym bardziej, że powody ku temu są. Jednak tu rzecz idzie o coś innego, o to, że bezpośrednio te wszystkie wydarzenia określały losy Steve Arneil’a jako mistrza i lidera karate Kyokyshinkai, co charakteryzowało jego „Drogę wojownika”. Zatrzymam się na biograficznych faktach i detalach wspomnień hanshi, mających związek z danym tematem i pozwalających postawić słupy milowe na jego „drodze wojownika”. Steve Arneil urodził się w Afryce Południowej, w Krugersdorf w 1934 roku. Gdy skończył 10 lat, rodzina przeniosła się do Północnej Rodezji (dziś Zambia). Od 1949r. zaczął uczyć się boksu, potem dżudo i karate. Wydarzeniem, które dokonało zwrotu w jego życiu była znajomość z Chińczykiem, trenującym w podwórku swego domu. Z początku Steve ukradkiem podglądał go, później Chińczyk to zauważył i zaprosił do wspólnego treningu. Zajęcia szaolińskiego Kempo trwały na przestrzeni nauki w szkole i w college’u. W wieku 25 lat Steve Arneil przeniósł się do Durbanu - miasta portowego, aby zakończyć wykształcenie w zawodzie inżyniera mechanika. Tam wyszukiwał emigrantów z Japonii, którzy nauczali dżudo i karate i wypróbował różne style, o których wówczas niewiele wiedział. Wróciwszy do północnej Rodezji, Steve Arneil otrzymał od nauczyciela Chińczyka rekomendacje pisemne do mistrzów szaolińskiego Kempo w Chinach. Zatrudniwszy się jako inżynier mechanik na statku, przybył do Chin i skierował się na północ do Mandżurii, gdzie został przyjęty do jednego z klasztorów. Surowe treningi, żelazna dyscyplina, codzienna praca na klasztorowych polach i szansa medytacji była tym, co powodowało w nim uczucie, które on sam określił jako „bycie w siódmym niebie”. Na nieszczęście, kurs polityki Mao-tse-tungu w stosunku do obcokrajowców wymusił szybkie opuszczenie Chin. Przyjaciele poradzili mu, aby wrócił do Hongkongu i kontynuował zajęcia u innego nauczyciela Kempo. Treningi jednak tam prowadzone bardzo różniły się i nie podobały się Arneilowi. W tym czasie Arneil słyszał już o Oyamie i zdecydował pojechać do Japonii. Aby zebrać potrzebne pieniądze zatrudniał się na statkach, pływając po Filipinach. W końcu, w roku 1961 z Hongkongu przepłynął do Jokohamy. W Japonii nie znając języka, Steve umiał jednak znaleźć Kodokan, gdzie zaczął uprawiać dżudo i wkrótce zdobył 1 Dan. Jednak bardziej interesowało go karate. Z początku trenował Goju-ryu pod kierunkiem Gogena Yamaguchi, którego uczniem był So-Nei-Chu. U Yamaguchi i So-Nei-Chu w końcu lat 40-tych trenował sam Masutatsu Oyama. Zajęcia w Goju-ryu były prawdziwym Budo, ale dlaczego nie natchnęły Steva? Próbował ćwiczyć karate Shotokan, ale i tutaj jakby czegoś mu zabrakło. „To jest trudne do wyjaśnienia, - przyznał - ale to nie była moja filiżanka herbaty”. Chociaż Steve przedtem mieszkał i trenował w Japonii, a w Goju-ryu jego droga jakby zaocznie przecinała się z drogą Oyamy, to spotkanie z nauczycielem nie odbyło się od razu. To nastąpiło po uzyskaniu 1 dan w dżudo. Wśród dżudoków Arneil spotkał Amerykanina Dona Draegera i zapytał go o mistrza, który „nokautuje byki”. Draeger znał Oyamę i przyprowadził przyjaciela do jego dojo. Instruktorem, który zastępował znajdującego się wtedy w Ameryce Oyamę był Kenji Kurosaki. W odróżnieniu od instruktorów w innych dojo on polecił mu na początku posiedzieć i popatrzeć, a nie od razu wstępować do szeregu. To wydało się dziwnym, lecz to, co Arneil później widział każdego dnia, podobało mu się. Treningi były intensywne i ciężkie, dyscyplina wysoka. Walki wywierały wielkie wrażenie, ciała bojowników były dobrze przygotowane i wytrzymywały silne uderzenia. Przez około miesiąc Steve Arneil przychodził do dojo i obserwował. Wkrótce pojawił się Oyama, którego on bezbłędnie poznał. Taka była aura jego osobowości. Don Draeger pomógł porozumieć się z Oyamą i przedstawić prośbę o przyjęcie w szeregi uczniów, gdyż Oyama nie mówił dobrze po angielsku. Oyama zgodził się, ale postawił warunek: „Dobrze, ale ty powinieneś wiedzieć, że jeśli trenujesz u mnie to trenujesz całe życie. Pomyśl o tym. Dużo w życiu może pójść nie tak, ale ty musisz trenować, robiąc to, czego ja ciebie uczę”. Steve odpowiedział: „zgadzam się”. Wtedy Oyama powiedział: „rozpoczniesz jako kohai i będziesz regularnie trenował. Jeśli przestaniesz trenować, ner będzie tutaj miejsca dla Ciebie”. Steve przyjął te warunki, na znak zaufania otrzymał od Oyamy swoje pierwsze kimono. Treningi w starym dojo zaczynały się wieczorem i nie kończyły się do tej pory, dopóki po 4-5 godzinach nie kończył zajęć sam Oyama. Steve Arneil trenował z uporem, a stosunek Oyamy do niego był taki sam jak do innych. Jako kohai Steve miał obowiązek pozbierać brudne kimona senpai, które oni rzucali na podłogę, następnie prać je i prasować, a rano wieszać na miejsce. Razem z kohai Ashiharą dźwigali z niespłukiwanej toalety wiadra z nieczystościami i opróżniali je na ulicy w specjalnie wyznaczonym miejscu, a następnie ręcznie myli wiadra i z powrotem umieszczali je w toalecie. Poza tym kohai musiał bardzo dużo trenować i starać się uświadamiać swoje działania. Oyama wtedy mówił Arneil’owi, to co on teraz mówi swoim uczniom: „Ja mogę uczyć ciebie, mogę pomagać tobie, ale są dwie rzeczy, których nie mogę zrobić: myśleć za ciebie i robić za ciebie. To jest twoja praca, jeśli ty nie możesz jej wykonać, zabieraj się z dojo”. Steve Arneil nie od razu uświadomił sobie żądania Oyamy i zaczął im odpowiadać. To dopiero odbyło się po zdaniu egzaminu na 1 dan. Pierwsza nieudana próba była dla niego dobrą lekcją. Na egzaminie myślał, że wykonuje wszystko lepiej od innych, ale na listach tych, który zdali nie było jego nazwiska. Nikt mu nie wyjaśnił dlaczego. Załamany Steve powołując się na chorobę nie przychodził do dojo kilka dni. Znalazł się w depresji, chciał wyjechać z Japonii, ale nie miał pieniędzy. Trzeba było wznowić treningi. Na następnym teście Steve Arneil nie miał już takiej pewności, ale robiąc to, co należało, zdał egzamin. Zrozumiał, że a pierwszym razem jego świadomość nie była gotowa. Jeśliby on by zdał egzamin wcześniej, to mógłby wyjechać z Japonii i zająć się czymkolwiek innym, myśląc, że w dostatecznej mierze opanował karate. Oyama w następstwie tego powiedział Arneil’owi, że zobaczył w nim coś więcej niż tylko czarny pas, chociaż wiedział, że ryzykuje jego stratę z powodu rozczarowania niepowodzeniem. „Oblany” pierwszy egzamin nauczył Steva cierpliwości, zdecydowania i uporu, bez których nie można opanować karate Kyokushinkai. Następne lata to intensywny trening i szybka progresja Steve Arneila. Oyama stał się dla niego bliski jak ojciec. Nawet go usynowił, aby mógł ożenić się z Japonką. Według warunków umowy Steve był zobowiązany nadać przyszłemu synowi drugie imię „Oyama”, a po osiągnięciu pełnoletniości przysłać go na rok do Japonii. Tę umowę Arneil spełnił. Steven Oyama Arneil, urodzony a Anglii po zdobyciu 1 dan, był wysłany na 1 rok do dziadka. Faktem jest, że po powrocie o domu on przestał zajmować się karate z przyczyn, które ojcu pozostały nieznane. Małżeństwo z Japonką miało pozytywny wpływ na losy Steve Arneila. On zdobył wiernego towarzysza życia i mógł lepiej czuć i rozumieć mentalność japońską. Tsuyuko pochodziła ze starego samurajskiego rodu, gdzie rzetelnie liczyły się tradycje, a w szczególności rodzinne. Jako młody mąż Steve Arneil czuł się „jak w raju”, a dzięki wsparciu finansowemu żony, która pracowała w banku, mógł pozostać w Japonii i trenować. Aby dodatkowo zarobić pieniądze występował w filmach. Najbardziej znany był pod pseudonimem Steve Mason. Zazwyczaj grał „złych” (Amerykanów i Niemców), których filmie zabijano ku ogólnej radości japońskich widzów. Arneil ćwiczył u Oyamy, kiedy ten był u szczytu swoich fizycznych możliwości. Wzrostem Oyama był niewiele wyższy od Steve’a, ale posiadał dużo większą siłę. Bywało, że w czasie wykonania przez uczniów techniki Tsuki, Oyama w tym samym rytmie leżąc na plecach wyciskał ciężary, później wykonywał przysiady mobilizował uczniów do szybszego działania krzykami. Trening i walka z przedstawicielami wagi ciężkiej była dla niego dopełnieniem zwykłego treningu. Oyama nie dążył do „napakowania się”, on w sposób celowy formował ciało i powodował wzrost siły potrzebnej do „najsilniejszego karate”. Steve Arneil i Bobby Lowe pewnego razu widzieli, jak Oyama zgiął w palcach japońską monetę. Wprawdzie Steve Arneil widział nie mniej silnych ludzi w Chinach i innych krajach, ale Oyama był indywidualnością najbardziej wyjątkową. Posiadał absolutne przekonanie o prawidłowości swojej drogi. Oyama nigdy nie wyrażał się źle o innych stylach karate, ale mówił wprost: ”My jesteśmy lepsi” lub „My ćwiczymy Budo”. Robił tak i wtedy, gdy karate zaczęło przekształcię w sport. Oyama przepowiedział, że przyjdzie czas, kiedy karatecy sportsmeni zderzą się z realnymi trudnościami na ulicy. Ten czas nadszedł. Zajęcia w dojo Oyamy miały mało wspólnego ze współczesną praktyką sportowego przygotowania karateków w stylach kontaktowych. Były organizowane zgodnie z zasadami Budo. Wieczorny trening zaczynał się o 7.30 wieczorem. O 7.15 zaczęto uderzać w bębny, które były słyszane z daleka. Ci wszyscy, którzy nie zdążali stanąć w szereg o 7.30, nie byli dopuszczani do treningu. Nie było żadnych wyjątków. Czas treningów nie podlegał reglamentacji. Krótkie treningi kończyły się o godzinie 10.00, ale mogły też trwać i do północy. Nikogo nie interesowało, kto i jak będzie dostawał się do domu. Trening zaczynał się od ukłonów, potem następowały medytacja, rozgrzewka i bardzo siłowe i surowe rozciąganie. To ostatnie przychodziło Steve’owi z trudem gdyż jego nogi jego były sztywne z powodu długich treningów rugby jeszcze w młodości. W dojo wykonywano dużo ćwiczeń oddechowych. Do oddychania Oyama miał poważny stosunek, widział w nim podstawę sztuk wojennych. Zwykł mówić, że człowiek, który nie potrafi oddychać to nieboszczyk. Po tradycyjnej rozgrzewce wykonywano technikę podstawową (uderzenia i bloki rękami), zazwyczaj w Sanchin Dachi, a następnie uderzenia nogami w miejscu. Powtórzeń było tyle ile było czarnych pasów, z których każdy liczył do dziesięciu. Oyama robił to wszystko razem z uczniami, co wywoływało wrażenie. On był bardzo surowy, jeśli idzie o wykonywanie podstawowej techniki, którą wykonywano także z przemieszczeniem we wszystkich podstawowych pozycjach. Oyama był perfekcjonistą i trudno było mu dogodzić. Przechodził do następnej techniki tylko wtedy, gdy był zadowolony z wykonania poprzedniej. Po technikach kihon przeprowadzane były wolne walki. Czarne pasy stawały w linii i pozostali uczniowie kolejno ćwiczyli z każdym z nich. Walki były prowadzone uczciwie, starszy pasy nie starały się pokazywać swej przewagi. O ile zawodnicy byli dobrze wytrenowani, poważnym kontuzji nie było. Jedynym problemem były uderzenia w twarz. Aby nie uszkodzić skóry pięść owijali bandażami. Uczono się obrony przed atakami w głowę. Jedyna rzecz niedozwolona to uderzenia w pachy. Nie biło się też po nogach. Niskie kopnięcia nie były dozwolone. Można je było stosować dopiero po tym jak drużyna Oyamy wróciła z Tajlandii, po zwycięstwie nad bokserami tajskimi. Oprócz technik uderzeniowych stosowano równiż techniki rzutów. Przed walkami zazwyczaj ćwiczono nie aranżowane umowne formy kumite (np. Sanbon Kumite), a kombinacje w pozycji walki. Oyama uważał, że najlepiej uczyć się walki swobodnych bojach. Zawsze przy tym podkreślał znaczenie kata, które rozwijało myślenie uczniów. Z powodu swej potężnej budowy Oyama nie był wybitnym „katateką” jednak według świadectwa Arneil’a, głęboko pojmował znaczenie i sens tradycyjnych form. Ulubioną formą Oyamy było Tensho. Praktykował Tensho w dwóch wariantach – w powolnym (w celu ustalenia prawidłowego oddechu i rozwoju płynności ruchów) i w szybkim (dla walki tj.”Kenka”). Oyama także szeroko stosował różne dowolne warianty form podstawowych, szczególnie kata z grupy Taikyoku i Pinan. Robił to w celach metodycznych, zabezpieczając przy pomocy kata nie tylko techniczne, ale i bojowe przygotowanie uczniów. Styl prowadzenia walki w Kyokushinkai faktycznie wyrósł z doświadczenia niebezpiecznych pojedynków samego Oyamy, gdzie były stosowane różne prawidła walki lub prowadzono walkę bez reguł. Majestat Oyamy w dojo był na tyle wielki, że on rzadko sam prowadził sparing z uczniami, a jeśli to robił to w formie zabawowej i oszczędnościowej formie (np. zastępował silne uderzenia pięściami w korpus na uderzenia podstawą dłoni). Przywilej sparingu z Oyamą dany był nielicznym czarnym pasom, wśród których był też Steve Arneil. Arneil wspominał, że w walce Oyamę było niemożliwym uderzyć. Jego nogi nie były tak szybkie przy uderzeniach obrotowych, za to ręce były wspaniałe. Jego maniera prowadzenia walki odróżniała się zasadniczo od maniery większości współczesnych sportowców, którzy praktycznie nie władają skuteczną techniką w obronie i idą na stałą wymianę uderzeń, polegając na masie mięśniowej i wytrzymałości. Oyamie, jak wiadomo ani tego, ani tego bóg nie poskąpił, ale on doskonale władał techniką obronną przyjętą ze stylów chińskich. Bloki obrotowe mógł wykonywać z prędkością wiatraka. Nie można było się do niego dostać się nie ryzykując „przemielenia” siebie w końcu, w „maszynce do mięsa”. Fizyczna siła i masa ciała nie obniżały prędkości ruchów, a to brało się stąd, że ćwiczenia siłowe wykonywał nie dla pozorowania czegoś, lecz dla doskonalenia swego karate. Jego wielkie i silne ciało przemieszczało się z błyskawiczną szybkością. Styl Kyokushinkai, szczególnie w technice obronnej, którą wykorzystywał Oyama, odkrywa przemożny wpływ stylów chińskich. Jakich to stylów dotyczy trudno jest przesądzić, w jednym z artykułów gazetowych Oyama opisywał spotkanie z niejakim starym Chińczykiem, który jakoby próbował sparować z nim, jednak „dziadek” sprytnie wykorzystał okrężne bloki. Nie rozumiejąc, co się dzieje Oyama za każdym razem leżał na ziemi. Znana jest skłonność Oyamy do podobnych technik. Wysunął on nawet „teorię punktu i okręgu”, w której motywował znaczenie obrotowych i okrężnych ruchów w karate. Sądząc według biografii Oyamy przesłanki takich przedsięwzięć mogły powstać jeszcze w dzieciństwie, w Mandżurii. Widoczne źródła dobrych chińskich wpływów na Oyamę widoczne są w samej Japonii, dosłownie po sąsiedzku. Będąc już znakomitym mistrzem i szefem głównej szkoły, Oyama odwiedzał treningi swego przyjaciela Kenichi Sawai, reprezentującego w Japonii chiński styl walki Tai Chi Ken. Sawai nie miał własnego dojo. Jego”dojo” była cała przyroda. Cały rok trenował w parku, przychodząc tutaj do świtu. Oyama rekomendował Sawai nielicznych swoich uczniów. Taki przywilej mieli w szczególności, Steve Arneil i Hatsuo Royama. Arneil dostał się do Sawai bezpośrednio przed próbą 100 walk i wiele zaczerpnął od mistrza w dziedzinie praktyki medytacji oraz techniki obrony. Jedno i drugie pomogło mu z powodzeniem wytrzymać ciężką próbę. Oyama świetnie rozumiał po co kieruje Steva do Sawai. Uczeń powinien uzyskać odporność psychiczną i przygotować się do właściwej obrony. Steve Arneil niedawno przyznał, że nie mając motywacji i nie władając techniką obronną, nie mógłby wytrzymać w 100 walkach z silnymi i agresywnymi przeciwnikami. To znamienne wydarzenie w losach Steva Arneila, który jako pierwszy w historii szkoły Kyokushinkai wytrzymał wspomnianą próbę miało swoją wcześniejszą historię. Przed Oyamą, w szkołach karate, na ile wiadomo, tego rodzaju testów nie było. Jednakże Tesshu Yamaoka, znakomity mistrz miecza, kaligraf i filozof Zen, przeprowadzał podobne, a nawet bardziej długotrwałe sparringowe testy dla swoich uczniów. Oyama wprowadził test, aby zademonstrować możliwości „najsilniejszego karate” i siłę ducha mistrzów Budo. Od dawna funkcjonuje legenda, że sam Oyama przeprowadził jakoby 300 walk. Świadectw i dowodów na to, niestety brak. Kiedyś Steve Arneil zapytał Oyamę o to, ale ten odpowiedział tylko uśmiechem. Możliwe jest, że była to mitologeza stworzona i podtrzymywana przez tokijskie Honbu wokół kultu Oyamy, której on nie mógł odrzucić ze względu na przyczyny polityczne. Ważne jest jednak nie tyle to, czy Oyama wytrzymał 300 bojów czy też nie (najprawdopodobniej on wytrzymałby taką próbę) ile jego stała gotowość rzucania „wyzwań granicom”. Granice ludzkich możliwości on testował na sobie i też proponował robić to swoim uczniom. Maksymalizm Oyamy stał się cechą charakterystyczną jego szkoły, szkoły Budo karate. Zgodnie z warunkami prowadzenia 100 pełnokontaktowych walk, obliczonych na około trzy godziny, przeciwnicy powinni byli ciągle się zmieniać. Jeśli atakujący osłabiliby swój napór, zostaliby zdyskwalifikowani, a rezultat byłby anulowany. To stałoby się hańbą dla uczestników walk i obrazą podejmującego test. Ten musiał być do końca aktywny w ataku i zwyciężać w wielu bojach, a nie tylko bronić się lub przyjmować uderzenia. Rywale nie mieli prawa stosowania low kick i uderzać rękami w twarz. W takich wypadkach wytrzymanie w 100 walkach byłoby nierealne. Przechodzący test mógł wykorzystywać dowolną dozwoloną technikę, włączając w to low kick. Jeśliby go znokautowali lub odniósłby knockdown na dłużej niż na 5 sekund, nawet w ostatnim boju, rezultat testu byłby anulowany. Przed Arneil’em kilku Japończyków zakończyło niepowodzeniem test 100 bojów i Oyama dokonał wyboru obcokrajowca. Kiedy Steve Arneil usłyszał o tym, rzekomo powiedział Oyamie: „Jesteś pomylony”. To samo powiedziała żona Steve’a, dowiedziawszy się o tej propozycji. Oyama nie zostawił wyboru swemu uczniowi. Powiedział: „myślę, że ty możesz to zrobić”. Musiał, więc zgodzić się Arneil z tą decyzją. Później dopiero zrozumiał, że Oyama dobrze znał jego charakter. Jeśli Steve coś robił lub polecono mu do zrobienia, starał się wykonać to jak najlepiej. Razem z Oyamą ułożył program przygotowań. Oprócz zwyczajnych treningów w dojo program ten przewidywał biegi w dół i w górę po wzniesieniach, dużo ćwiczeń fizycznych, trening z makiwara i workiem, zajęcia w parku i w wolne dni bieg po piasku na brzegu morza. Niemałą część programu stanowiło kata, ale w formie zmodyfikowanej z uwzględnieniem zadań stojących przed testem kumite. Na początku Oyama zażądał, aby młody człowiek, który dopiero, co wstąpił w związek małżeński całkowicie skoncentrował się na treningach, nie osłabiał się i nie zajmował się niczym postronnym. Nauczyciel powiedział uczniowi: „Ty możesz żyć w czystości”. Oyama stale obserwował i kontrolował proces przygotowań, jednakże nie określał terminu próby. Pewnego razu na nieodpowiednie pytanie Steve’a, Oyama odpowiedział: „ja powiem kiedy. Ty po prostu trenuj. Nie niepokój się, co do tego, kiedy to nastąpi. Może być, że tobie nie przyjdzie tego robić”. Przez sześć miesięcy Steve nie zajmował się niczym innym, oprócz karate. Kiedy pewnego niedzielnego poranka przyszedł do dojo i dowiedział się, że jemu przypadnie stoczyć 100 walk, nie miał już czasu myśleć. Po prostu przyjął wyzwanie. Walki trwały średnio po 1,5 minuty. Steve Arneil dobrze zapamiętał radę Oyamy: „Możesz zaoszczędzić czas, jeśli ich znokautujesz”. Nie udało się znokautować nikogo, ale wielu Steve położył przez knockdown, dlatego zakończył test po 2 godzinach i 45 minutach. Z początku zaliczał walki bez mądrego planu, ale szybko poderwał się i skoncentrował na procesie walki. Rywalami Steve’a były najpierw zielone pasy, potem brązowe i na końcu czarne. Kilka razy został celnie trafiony, ale do pozycji walki wracał przed upływem 5 sekund. Nie złamała się jego motywacja pomimo kontuzji i zmęczenia. Ostatnie boje prowadził z najsilniejszymi zawodnikami jak Hirofumi Okada, Shigeru Oyama, Tadashi Nakamura. Kończąc ostatnią walkę usłyszał od Oyamy: „Dokonałeś tego”. Steve tak samo prosto odpowiedział „Tak”. Ciało Steve Arneil’a było w siniakach i w krwi. Po prysznicu odbył się uroczysty obiad, na którym poproszono przez telefon żonę, Tsuyuko. Oyama objął Stev’a i powiedział: „Ja mówiłem, że ty możesz to zrobić? Jestem rad, że mój sąd był prawdziwy”. Opuściwszy dojo razem z żoną, Steve prawie tracił przytomność. Kiedy w domu rozebrał się pokryte ciało przypominało ciało leoparda. Jednakże, już w czwartek Steve wznowił treningi, choć z powodu bólu wszystko robił lekko i powoli. Oyama powiedział, że poszczęściło się mu: „To są tylko siniaki, ty niczego nie złamałeś”. Steve Arneil nie bardzo lubi mówić na ten temat. Uważa, że podobny test jest „niewyjaśnionym i bardzo osobistym doświadczeniem”. Oczywiste, że 100 bojów stało się kluczowym i oryginalnym inicjacyjnym wydarzeniem w jego życiu. Zdobyte w czasie przygotowań i w czasie samej próby doświadczenie wykazało istotny wpływ na formowanie osobowości mistrza. Po Arneil’u również innym zawodnikom Kyokushinkai udało się wytrzymać test w 100 walkach. W okresie od 1965-1983 r. test zaliczyli Tadashi Nakamura (1965r.), Shigeru Oyama (1966), Loek Hollander (1967); John Jarvis (1967), Howard Collins (1972) i Miuki Miura (1983). Później poszczególni zawodnicy tak w Japonii, jak w innych krajach też przechodzili te próby. Jednak po śmierci Oyamy i rozpadzie IKO podobne testy zaczęły przekształcać się w marketingowy show, o czym specjaliści mogą przekonać się przeglądając zapisy video. Steve Arneil uważa to to za „hańbę dla Budokarate”. Hanshi wprowadził w Wielkiej Brytanii analogiczny system dobrowolnego testowania czarnych pasów, lecz rozumnie ograniczył testu do 50, 40 i 30 bojów. Przy współczesnym poziomie wyszkolenia zawodników wytrzymać nawet 30 walk, nawet bez low kick jest ponad siły dla wielu.W Anglii jeden „szczęściarz” wytrzymawszy 50 walk był od razu przewieziony do szpitala, a potem musiał rozstać się z karate. W Rosji jak się okazało jest dostateczna ilość silnych zawodników, gotowych skutecznie walczyć z pretendentami w teście wielu walk. Nie dziwi fakt, że nieliczne próby wytrzymania testu w 30 bojach skończyły się niepowodzeniem. Podczas dwóch testów nawet mistrzowie Rosji (Artur Oganesyan i Andrei Anufriev) nie potrafili skutecznie się bronić przed atakami. Wyszła nieumiejętność walki w defensywie. Podczas prób, którą prowadził sam Steve Arneil, oboje doznali złamań rąk, gdy ledwo trzymając się na nogach mogli tylko pasywnie zasłaniać słabe części ciała. Po tych wydarzeniach opuściła ich i pozostałych pretendentów ochota do podjęcia testu.. Pytają często Steve Arneila na ile porównywalny jest wysiłek w testach kumite dokonywanych kiedyś, a organizowanych współcześnie, biorąc pod uwagę poziom przygotowania zawodników. Według niego, stopień technicznego przygotowania w granicach sportowych zasad znacząco wzrósł, ale motywacja zmniejszyła się i to znacząco wpływa na ducha walczących. W jego czasie królował w szkole duch Budo. „My nigdy nie poddawaliśmy się”, tak powiedział Hanshi Steve Arneil. Przy tym Steve Arneil bardzo szczyci się i podziwia rosyjskich zawodników, którzy na zawodach sportowych zawsze dążą do zwycięstwa i zwykle zwyciężają Po latach nauki u Oyamy Steve Arneil stał się jednym z liczących się liderów Kyokushinkai w świecie. Już w 1965 roku utworzył brytyjską organizację karate Kyokushinkai. Jego profesjonalizm i autorytet stale rosły. W 1966 otrzymał 4 Dan, a 1968 - 5 Dan, w 1974 - 6 Dan. W 1977 r. z rąk Oyamy otrzymał 7 Dan. W 1975-1977 Steve Arneil wyróżnił się jako menadżer i trener zespołu narodowego wszystkich stylów w Wielkiej Brytanii. Wtedy drużyna brytyjska została mistrzem świata w Los Angeles, po raz drugi w historii wygrywając z Japonią. Po pierwszym zwycięstwie nad Japonią w Paryżu 1975 roku, Federacja Francuska Karate przyznała Steve Arneil’owi tytuł najlepszego trenera świata”. Pokonując Japończyków w karate drużyna i Steve Arneil dostali się do księgi rekordów Guinessa. Ostatnie stopnie mistrzowskie - ósmy i dziewiąty Dan Hanshi Steve Arneil otrzymał już jako prezydent i założyciel Międzynarodowej Federacji Karate (IFK). W oficjalnej charakterystyce podkreśla się jego wysokie techniczne, fizyczne i pedagogiczne zdolności, rozwiniętą zdolność uogólniania, umiejętności do natchnienia ludzi i do motywacji w organizacji działania. Wśród licznych zalet uwidaczniają się zdecydowanie oraz siła ducha, a także oddanie swoim uczniom. Można dodać również oddanie swemu nauczycielowi, z którym kontakty istniały do samej jego śmierci – Hanshi powiedział: „Odszedłem z IKO, ale nie odszedłem od Oyamy”. Śmierć nauczyciela była dla Steva Arneila zupełnym zaskoczeniem. Przyjął ją z wielkim bólem. Do Arneil’a zadzwonili z Tokio i zawiadomili: „Pana ojciec umarł”. Nie od razu uświadomił sobie, że mowa była o Oyamie. Na pogrzeb nie pojechał ze względów politycznych, wokół śmierci Oyamy w Japonii powstał skandal. Jak wiadomo, córka Oyamy, Grace Eki Oyama, oficjalnie oświadczyła, że testament ojca nie był napisany jego ręką, nie zawierał jego osobistej pieczęci, a także odcisku kciuka, co dowodziłoby nieprawdziwości dokumentu. Rodzina Oyamy na tyle mocno wątpiła w prawidłowość leczenia Oyamy, że nawet odmówiła oddania jego prochów do ceremonii żałobnej w Aoyama Sogijo 20 lipca 1994 r. Rodzina Oyamy zachowała ze Steve Arneil’em dobre stosunki. W warunkach rozłamu IKO wdowa po Oyamie, nawet zwróciła się do niego z propozycją objęcia przywództwa w organizacji IKO2. Nie chcąc być wciągniętym w polityczne intrygi różnych japońskich organizacji, Hanshi uprzejmie odmówił. Później z żoną odwiedził grób nauczyciela, zwróciwszy mu ostatni dług. W licznych wywiadach, których udzielał hanshi Steve Arneil w Rosji i w których byłem tłumaczem, zadawano mu często to samo pytanie o tajemnicach, które Oyama zabrał ze sobą w inny świat. Arneil wymieniał zawsze dwa fenomenalne osiągnięcia nauczyciela. Widział je na własne oczy i nie raz próbował poznać tajemnicę wykonania, lecz bezskutecznie. Po pierwsze: Oyama mógł uderzyć w butelkę od piwa podstawą dłoni tak błyskawicznie, że gdy odprowadził rękę, w zaciśniętej dłoni pozostał stłuczony fragment szkła. Arneil wiele razy próbował wykonać to samo, lecz bez rezultatu. Po drugie: Oyama mógł przyłożywszy palec do czoła siedzącego człowieka, bez jakiegokolwiek fizycznego działania pozbawić go możliwości podniesienia się. Działanie tego chwytu Arneil doświadczył na sobie przeżywszy stan zupełnej bezmocy i sytuacji bez wyjścia. Opowiedział również, że z ciekawości próbował zrobić to samo przykładając palec do czoła swojemu małemu wnukowi, bezskutecznie. Chociaż w porównaniu z Oyamą Steve Arneil ma skromniejsze osiągnięcia w karate, to jego usługi dla szkoły i ruchu Kyokushinkai w świecie są wyjątkowo wielkie. Przy jego demokratycznym podejściu i skromności, Hanshi, jako nauczyciel i przywódca IFK jest rzeczywistym adeptem i rycerzem tradycji Budo karate. To jest najważniejsze, albowiem we współczesnym świecie posiada autentyczną duchową wartość. Na zakończenie charakterystyki osobowości Steve Arneil’a jako mistrza i nauczyciela Budo karate trzeba przytoczyć bardzo interesującą i symboliczną historię, którą opowiedział sam Hanshi. Kiedy rozstrzygał się problem wyboru tytułu dla niego, jako osoby stojącej na czele nowej Międzynarodowej Federacji Karate (IFK), on powiedział, że nie chciałby nazywać się ani kancho („gospodarzem domu”), ani sosai („dyrektorem”). Te tytuły nosił Oyama. Rodzice żony, w Japonii poradzili mu wybrać skromny, ale bardzo znaczący tytuł „hanshi”. To słowo można przetłumaczyć jako „posiadający wiedzę”, „ten, który wie”, albo jako „wzór do naśladowania”- idealny epitet nosiciela tradycji Budo karate, będącego głową szkoły i międzynarodowej organizacji. Znamienne jest i to, że rodzice Tsuyuko, kultywujący tradycje starego samurajskiego rodu dobrali do napisania imienia i tytułu Steve Arneil’a kaligrafie mające dwojakie znaczenie. W rezultacie imienny zapis na jego pasie zwykły człowiek posiadający dużą wiedzę w języku japońskim przeczyta jako „hanshi Steve Arneil”, a człowiek wtajemniczony w sens głębi znaków zobaczy ukryte znaczenie „samuraj-wojownik”. To mówi wiele.

 
 
Wszelkie prawa zastrzeżone dla IFK-POLAND