Droga prawdziwych wojowników...XIII Obóz Zimowy Karate Kyokushin Polskiej Organizacji IFK
Droga prawdziwych wojowników...XIII Obóz Zimowy Karate Kyokushin Polskiej Organizacji IFK
23.03.2009

W dniach od 27 lutego do 1 marca 2009 roku odbył się XIII Obóz Zimowy Karate Kyokushin Polskiej Federacji IFK. Tym razem wszyscy spotkaliśmy się w pięknym Wrocławiu. Gościem honorowym i głównym instruktorem, podczas tegorocznego obozu był Hanshi Steve Arneil 9 Dan z Wielkiej Brytanii– założyciel i prezydent IFK. Oprócz Polaków na obóz przybyli Holendrzy z sensei Antonio Da Graca – 4 Dan i Białorusini z sensei Dimitrijem Alechnowiczem – 4 Dan. Mieliśmy, więc okazję do ciekawych spotkań i wymiany doświadczeń.

Podczas trzech dni intensywnego ćwiczeń pogłębialiśmy naszą wiedzę i umiejętności, mogliśmy sprawdzić naszą wytrzymałość fizyczną i psychiczną, nauczyć się wielu nowych elementów, które ubogacą nasze treningi w macierzystych klubach. Wysłuchać wielu ciekawych historii z życia uczniów Sosai Oyamy. Skonfrontować naszą wiedzę na temat prawidłowości, czy interpretacji technik z wielkim autorytetem świata karate Kyokushin, jakim niewątpliwie jest Hanshi Arneil.

Podczas obozu odbył się również egzamin na stopnie kyu i Dan. Do stopnia I Dan został promowany Marek Mikołajczyk z Przemyskiego Stowarzyszenia Kyokushin Karate IFK „Saiha”.

Obóz zakończył się Sayonarą, która odbyła się w stylowych wnętrzach Restauracji „Inspiracja” mieszczącej się przy Placu Solnym w pobliżu wrocławskiego rynku.

Obóz, jak każde nasze spotkanie z Hanshi, pozostawił w nas niezatarte wspomnienia i wrażenia, które zrozumie tylko ten, kto choć raz w treningu z Steve Arneilem uczestniczył. Mimo słusznego wieku jest to trener, który potrafi obudzić we wszystkich ćwiczących ogromną motywację ,zaangażowanie i ducha prawdziwych wojowników.

 

 

„W życiu nie chodzi o to, jak mocno uderzasz, bo życie i tak uderzy Cię mocniej, ale o to, jak mocne uderzenie jesteś w stanie otrzymać, wstać i iść dalej” Rocky Balboa

Pamiętacie, jak to jest, kiedy, jako dziecko słucha się opowieści, historii, legend?… Kiedy przeżywacie przygody bohaterów razem z nimi, wyobrażacie sobie siebie towarzyszących bohaterowi w jego podróży… Cudowne. Wspaniałe. Zapierające dech.

Pomyślcie, jakbyście się czuli, mogąc naprawdę uczestniczyć w legendzie, być jej częścią i wiedzieć o tym. Wiedzieć, że jest się świadkiem i uczestnikiem czegoś niecodziennego. Przeżyłem to. Przez kilka dni byłem częścią legendy. Chcecie wiedzieć, jakie to uczucie? Jak będąc dzieckiem, otwierałem prezent wyciągnięty spod choinki. Wszechogarniająca przyjemność, tak dojmująca, ze na chwilę paraliżuje ciało i zmysły. Przez chwile patrzy się na świat z tępym wyrazem twarzy, nie wiedząc, co powiedzieć i zastanawiając się skąd Mikołaj wiedział, ze właśnie o takim prezencie marzyłem… Pamiętacie to uczucie… Dodajcie do niego nieskończoność i pomnóżcie przez wieczność, a dowiecie się o ułamku moich doznań.

Dwudziestego siódmego lutego po raz kolejny zawitał w Polsce Steve Arneil, Hanshi –„Ten który wie”. Przyjechał na niecałe trzy dni. O kilka lat za krótko, bym mógł spędzić z tym człowiekiem chociaż część czasu, który bym chciał. Jednak jestem ogromnie wdzięczny losowi, że mogłem chociaż tyle czasu uczestniczyć w wielkiej legendzie, z prawdziwym bohaterem. Heros dawnych i obecnych czasów. Niewyobrażalnie silny. Mało kto jest w stanie taką siłę posiąść. Nie jest to jednak siła mięśni, która nawet w jego siedemdziesięcio- pięcio letnim ciele jest imponująca. Nie bierze się też z niebywałego hartu ducha i uporu, które zaprezentował poddając się testowi stu kumie i przechodząc go pomyślnie. Jego siła to moc wpływania na ludzi. To jest jak magia. Dla tego człowieka ma się ochotę podjąć każde wyzwanie. Gdyby mnie poprosił o podjęcie testu kumie, zrobiłbym to. Gdyby w trakcie przygotowań powiedział mi, ze jego zdaniem, uda mi się ukończyć go pomyślnie, uwierzyłbym całym sercem. To jest niesamowite. Może wielu z was myśli, że opowiadam niestworzone rzeczy, ale uwierzcie mi, jedno jego słowo pochwały dodaje sił.

Kiedy podczas walki z cieniem usłyszałem, że jestem silny, poczułem taką energię, że wydało mi się, iż moje mięśnie pękną zaraz rozerwane własną siłą. Gdy podczas wykonywania kata powiedział mi, ze robie je dobrze, mocno, poczułem, jakbym miał wznieść się nad podłogę… Myślę, ze jego siła bierze się z tego, jakim jest człowiekiem. Kiedy widzi się człowieka, który tyle dokonał, człowiek czuje przy nim mały. Kiedy ktoś taki kłania się pokornie przed Tobą, „mówiąc”, że wcale nie jest większy... Kolana same się uginają, by paść na nie przed nim i ukłonić się.

Zdawałem egzamin. Był to mój pierwszy egzamin zdawany pod nadzorem „Tego który wie”. Był to dla mnie test, wyznacznik jakości całej mojej dotychczasowej pracy. Nie wyobrażacie sobie, jaki byłem spanikowany. Jakbym miał za chwilę skoczyć z dachu Empire State Building. Jednocześnie przepełniała mnie radość. Uczucie niewiadomego szczęścia, wprost promieniowało z mojego ciała.

Egzamin zaczął się o siódmej rano i trwał przez dwie i pół godziny. Po czterech ciężkich treningach poprzednich dni, bez śniadania, trzeba było dać z siebie jeszcze więcej, niż wcześniej. Więcej siły, więcej wytrzymałości, a przede wszystkim olbrzymią precyzję ruchów. Ciężkie zadanie, ale jak mówiłem wam wcześniej, dla tego człowieka chce się zrobić wszystko… Kihon, renraku, kata, test siły i wytrzymałości, kopnięcia i kombinacje ręczne na tarczach, walka clicker i knockdown. To wszystko wykonywaliśmy prawie bez przerw, a każda technika musiała być precyzyjna, szybka i bardzo silna. W godzinę po egzaminie odbył się kolejny trening. Dalej nic nie zjadłem, a trening okazał się być jednym z najbardziej forsownych. Starałem się dać z siebie wszystko, co tylko mogłem i nie potrafię powiedzieć, jaki zadowolony z siebie byłem, gdy dotarłem tam, gdzie myślałem, że dojść nie mogę. Poza ciężkimi treningami Hanshi, jak zwykle wiele opowiadał. Mówił o sposobach trenowania, wykonywaniu ćwiczeń i ruchów. Kiedy wspominał lata spędzone w Honbu Dojo, przy Sosai Oyama, chciałem się cofnąć w czasie, bo pomimo, że treningi trwały nawet osiem godzin, a złamany nos, czy kałuża krwi nie były czymś nadzwyczajnym, to zechciałem uczestniczyć w życiu tamtych wojowników. Każdego dnia przełamywać swoje granice. Dzielić z nimi pasję i poświęcenie by stać się najlepszym sobą, jakim tylko można. Jestem już w domu, z dumą noszę wyższy stopień i bardzo wszystkich zapraszam, na najbliższe spotkanie z tym wielkim człowiekiem. Chciałbym, aby każdy mógł przeżyć, to co ja, uczestniczyć w legendzie.

Jeśli chcecie doświadczyć, jak wielkim można być, przyłączcie się do mnie i wielu innych osób, przyjeżdżających co roku, aby spotkać bohatera.

                                                                                                                                 Damian Laszuk - 1 kyu

 

 
 
Wszelkie prawa zastrzeżone dla IFK-POLAND